matrioszka 1

Hi,

Matryoshka (rus. матрёшка) is a hollow, wooden figurine, with smaller, smaller, smaller, smaller, smaller and smaller figurines inside. 

The shelf above my desk hosts a Matryoshka from an antique shop. It is beautiful, colorful, with all the right imperfections characteristic of hand-made gadgetry. It comes with two missing figurines and this is yet another reason why it is rendered infallibly legendary:)

And one more thing: just like oil-painting, puff pastry, tiramisu and this blog, it’s got layers.

Magda

A dzisiaj haft

A dzisiaj haft

Tamborkowe szaleństwo

Od góry:  Drewniana niciarka - prezent od Mamy-Teściowej  Drewniana niciarka - znalezisko na pchlim targu (ha!)  Mini… kosmetyczka? coś podręcznego, gdzie wrzucam nici, którymi akurat haftuję - prezent z Japonii  Notesiki - prezent od Mamy-Mamy, miejsce na projekty; no name

Od góry:

Drewniana niciarka - prezent od Mamy-Teściowej

Drewniana niciarka - znalezisko na pchlim targu (ha!)

Mini… kosmetyczka? coś podręcznego, gdzie wrzucam nici, którymi akurat haftuję - prezent z Japonii

Notesiki - prezent od Mamy-Mamy, miejsce na projekty; no name

To zaskakujące, jak z jednej strony można być cholerykiem, przechodzić w stan bulgotu w ułamku sekund i jednocześnie mieć cierpliwość do takich zajęć jak haft, dzierganie, tkanie, nawlekanie (tudzież rysunki-rysuneczki w skali mikro z milionem szczegółów… ale to nie dziś), które w teorii mogą być zajęciem bulgotogennym.

Wszystko to, co wymaga skupienia, uważności ma w sobie magię, której nie jestem w stanie się oprzeć. To jak medytacja, kolorowa furtka do stanu zen. Igła nitka, ruch w górę, szszszszszsz… dźwięk-nie-dźwięk nici przeciąganej przez tkaninę, ruch w dół, szszszszszsz…, ruch w górę szszszszszszsz, ruch w dół szszszszszszsz… wdech, wydech. Już samo pisanie o tym, wspomnienie procesu tworzenia sprawiają, że czuję spokój i absolutną równowagę. Łup! Maciej kot, który nie doczekał się jeszcze postu na tym blogu, a który otrzymał już własny folder ze zdjęciami pt. “co stłukł Maciej” właśnie coś zrzucił. I najpewniej zbił. Wdech, wydech, piszę o niciach. Spokój.

Wdech, wydech. Nic to, że to ulubiony talerzyk. Gdzieś w tle odzywa się bulgotanie, mamroczę coś o oskórowaniu drania i przerobienie na mufkę, ale jednocześnie eksperymentuję z nowym dla mnie doświadczeniem, jakim jest uzyskiwanie spokoju poprzez (nawet nie) samo haftowanie, ale też pisanie o nim.

Wszystko zaczęło się od koników.

Inspirowane konikami z Dalarna (w oryginale czerwonymi), które według ludowych wierzeń Skandynawii odstraszają złe duchy. U mnie w oryginalnym kolorze, wycięte z papieru zdobią kuchnię, a te filcowe, służą jako ozdoby choinkowe. Początkowo zdobione muliną z czasem także nicią, każdy inny, jak to jest z prawdziwymi konikami.

Kolejne były sóweczki, uszyte z niebarwionego lnu i wypełnione naturalną bawełną. Na początku ta nieśmiała, prototyp, który okazał się być moją ulubioną sówką (być może ze względu na liczne niedoskonałości wynikające z freehandu), a który zamieszkał właśnie w Szwajcarii, gdzie będzie towarzyszył pewnej pięknej, zdolnej dziewczynie w nowym etapie jej życia.

Sóweczki przeszły proces metamorfozy i dołączyła do nich jedna, jedyna Mama Miś.

 
 


A potem zobaczyłam tamborki i przepadłam z kretesem.

Tamborek, a to w paski, to brzuszysko w paski to nikt inny jak Godzuki:  edycja prenatalna

Tamborek, a to w paski, to brzuszysko w paski to nikt inny jak Godzuki: edycja prenatalna

Okazało się, że kanwa, czy też płótno, jest jak czysta kartka papieru - pełne obietnic tego, co może zostać stworzone. Złapałam się na tym, że nawet kiedy szykowałam sobie wzór, rozpisywałam miejsca, przez które ma przebiegać wzór, to i tak w pewnym momencie haftowany obraz zaczynał żyć swoim życiem, igła zmieniała tor z tego wcześniej ustalonego, nici zmieniały kolor, a wzór przeobrażał się w coś, co mogło powstać tylko w momencie całkowitego spokoju, wewnętrznej ciszy, a nigdy nie zrodziłoby się z pracy zarządzanej umysłem. I tak zaczęły powstawać tamborki.

Inspirowane podróżami, widzianymi tam wzorami, powstały z tęsknoty za wakacjami.

Chwilowo porzucone na rzecz szeroko zakrojonego projektu akwarelowego, w ramach którego powstaje cykl ponad 60 akwarelowych polaroidów ilustrujących niesamowitą podróż niezwykłego człowieka. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła opisać je tutaj na blogu.

Tymczasem, dla absolutnych fanów haftu czy poszukiwaczy wzorów zamieszczam galerię procesu powstawania sóweczek czy tamborków i jeszcze rzut okiem do wnętrza niciarek (a tam kolory, kolory i jeszcze raz kolory).

I ostatnia już w tym poście galeria, która najprawdopodobniej będzie zalążkiem nowego albumu w telefonie, czyli druga strona tamborka.

#skyporn Home Edition

#skyporn Home Edition

Z pamiętnika właścicielki zwierząt

Z pamiętnika właścicielki zwierząt