matrioszka 1

Hi,

Matryoshka (rus. матрёшка) is a hollow, wooden figurine, with smaller, smaller, smaller, smaller, smaller and smaller figurines inside. 

The shelf above my desk hosts a Matryoshka from an antique shop. It is beautiful, colorful, with all the right imperfections characteristic of hand-made gadgetry. It comes with two missing figurines and this is yet another reason why it is rendered infallibly legendary:)

And one more thing: just like oil-painting, puff pastry, tiramisu and this blog, it’s got layers.

Magda

2011: Maroko, część 1

2011: Maroko, część 1

J. let’s go back to Morocco (spotkanie 1)

J. let’s go back to Morocco

J. let’s go back to Morocco

W naszym przedpokoju wisi to zdjęcie opatrzone komiksową chmurką z odwiecznym pytaniem: Wrócimy tam? I pytanie to jest zadawane, chociaż po pierwszym spotkaniu z tym krajem stwierdziłam: W życiu! Nigdy więcej.

Ale od początku. Pierwszy, romantyczny wyjazd we dwoje z J. Dziecko porzucone w systemie rotacyjnym u Dziadków i Pradziadków, plecaki spakowane - możemy jechać. A nawet lecieć.

Pierwszy backpackerski wyjazd w naszej historii w wydaniu, jakie lubimy najbardziej, czyli kupione bilety tam i z powrotem (w tym przypadku Poznań->Paryż Beauvais->Nador i Tanger->Paryż Beauvais->Poznań), a reszta: to się okaże. Mgliście zarysowany plan, żeby przeprowadzić czterodniowy rekonesans wzdłuż północnej linii brzegowej, ale bez zbędnej spiny spowodowanej listą miejsc, które “koniecznie trzeba zobaczyć”, jedziemy na żywioł. I pojechaliśmy.

Najpierw na lotnisko w Poznaniu. Samochód zostawiliśmy na jakimś parkingu, ale zanim wysiedliśmy, krótkie wahanie w kwestii kurtek. Bierzemy? W końcu jest przełom lutego i marca, jakby zima. Ale, ha! przecież lecimy do Północnej Afryki, tam musi być ciepło! (Nie było. Ale wtedy radośnie o tym nie wiedzieliśmy, więc kurtki zostały w samochodzie. To był błąd nr 1). Szybki przelot do Paryża, tam krótki spacer, na jaki pozwoliła luka czasowa między kolejnymi lotami.

Paris-Beauvais-Tille.jpg

Drugi lot z atrakcjami, bo nie dość, że opóźniony, to jeszcze z międzylądowaniem w Hiszpanii (ktoś na pokładzie miał kłopoty z sercem), co mocno zaważyło na naszych pierwszych chwilach w Maroku, ponieważ zamiast o planowanej godzinie oscylującej wokół 17-18 do Nadoru dotarliśmy po 22. Z parą Polaków poznanych na lotnisku zapakowaliśmy się do taksówki - klasyki marokańskiej komunikacji, czyli starego Mercedesa, do którego, jak się później okazało, mieści się o wiele więcej osób niż przepisowych pięć. Pasy? Śmiech, jakie pasy? J.  siedzący z przodu podjął dyskretne próby zapięcia się (czym rozbawił taksówkarza), kiedy zobaczył jak kierowca jadąc na postojówkach zwalnia do 100 km/h przed zakrętami i hopsa radośnie po pasach unikając rozjechania ludzi, ludzi z osiołkami, rowerzystów, kóz i innych uczestników ruchu, którzy pojawiali się w zasięgu wzroku jakieś 0,0005 sekundy przed ewentualnym zderzeniem. W taki oto sposób z lotniska dojechaliśmy do centrum Nadoru. A tam? Prawie północ i weź znajdź tu miejsce, w którym można by coś zjeść, a nawet namierzyć nocleg.

Radośnie, nieświadomi gdzie tak naprawdę się znajdujemy zaczęliśmy błąkać się po uliczkach miasteczka, aż wreszcie trafiliśmy na otwartą o dziwo niewielką knajpkę mieszczącą się w suterenie. Bardzo żałuję, że było ciemno, późno i w życiu nie trafiłabym tam znowu, bo z przyjemnością poleciłabym Wam to miejsce, gdybyście mieli to nieszczęście wylądować w Nadorze. Przemiły właściciel, pomimo tego, że tak naprawdę już dawno miał wszystko pochowane i siedział tam tylko dlatego, że oglądał telewizję (Polsat! Uwierzycie w to?!), ugościł nas obłędną harirą i gorącą, słodką jak ulepek herbatą z miętą, czym tak naprawdę uratował nas przed zapaleniem płuc, bo na dworze temperatura oscylowała wokół zera (tak, kurtki zostały w Poznaniu). Wśród uśmiechów, pojedynczych słówek po arabsku, większej ilości słów po francusku i nieskończonych zachwytów nad polskim dobrem eksportowym w postaci kanału Polsat właściciel knajpki postanowił zaprowadzić nas do miejsca, w którym mieliśmy spać - bo kuzyn szwagra matki ciotki z drugiego małżeństwa ma wolne pokoje. No przecież.

I w tym momencie przestało być śmiesznie, bo nagle poczuliśmy się jak na wojnie. Po opuszczeniu knajpki jej właściciel pokazał nam na migi, że mamy być cicho i zostać na miejscu. Sam, skulony jakby chroniąc się przed potencjalnym ostrzałem doskradał się do kolejnej uliczki i z ogromną ostrożnością zaczął lustrować teren. Znak ręką - możemy iść. Zaskoczeni spojrzeliśmy po sobie i podeszliśmy do niego jak gdyby nigdy nic. Syknął z niezadowoleniem, bo chyba za głośno tupaliśmy. Lekko nas poganiając nakazał gestem szybko przebiec, po czym powtórzył procedurę z zatrzymaniem i rekonesansem. I tu wyjaśniło się, o co chodzi. Szybki ruch ręką: stójcie! Gwałtowny nakaz bycia absolutnie cicho. Na jego znak przebiegliśmy szybko przez kolejną uliczkę. Po prawej stronie mignęła mi tylko w ciemności spora grupka ludzi ciskających cegłami w budynki. Tak oto przywitał nas Nador.

Z duszą na ramieniu dotarliśmy do kuzyna szwagra matki ciotki z drugiego małżeństwa, ale on nie miał miejsc. Na szczęście wuj brata dziadka rzeczonego kuzyna też mógł poszczycić się opcją noclegową i to właśnie tam złożyliśmy swoje wymęczone ciała. Rijad ze swoimi wysoko sklepionymi sufitami i ścianami wyłożonymi kafelkami przypominał szpital. Pokoje wysokie jak w naszych przedwojennych kamienicach, zimne, pościeli brak - tylko koc służący za przykrycie, łazienki brak - tylko pomieszczenie z dziurą w podłodze i wiaderkiem z wodą. Ubrani we wszystko, co mieliśmy ze sobą, zasnęliśmy.

Zbudziło nas potworne zawodzenie, w egipskich… a nie, w marokańskich ciemnościach nie wiedzieliśmy kim jesteśmy, gdzie i dlaczego. Skostniali z zimna dopiero po chwili zrozumieliśmy, że oto wstaje dzień, a przerażające wycie to nic innego, jak wybitnie nieutalentowany muezin nawołujący do modlitwy. Dzień dobry, Maroko!

Antycegłowe zabezpieczenia w oknach

Antycegłowe zabezpieczenia w oknach

Maroko w odpowiedzi rzuca nam zimnem w twarz. Temperatura ledwo przekracza zero, a na dodatek wieje i zaczyna padać.

Nowy dzień, ruszamy dalej. Kierunek Al-Hoceima i jej zapierające dech w piersiach klify. Deszcz na zmianę ze słońcem, ale nadal zimno, chyba nawet zimniej, niż w Polsce. A nie, przepraszam, taka sama temperatura, tylko tam nie paradowaliśmy w trampkach. Do Al-Hoceimy wjechaliśmy w pełnym słońcu - klify, tak jak zapewniało Lonely Planet - faktycznie zapierały dech w piersiach.

FB_20141106_14_48_03_Saved_Picture.jpg

Klify pozapierały dech przez jakieś pół godziny, a później przestało być fajnie. Rijad, który znaleźliśmy w gąszczu wąskich uliczek przypominał bardzo ten, w którym spędziliśmy pierwszą noc. Miejscowość okazała się być miejscem najczęściej odwiedzanym przez arabskich turystów, w związku z czym śmiem twierdzić, że w tamtym momencie mogliśmy być tam jedynymi Europejczykami. I to był błąd numer 2. Przysięgam, nigdy wcześniej, ani nigdy później nie czułam się tak obmacana wzrokiem, jak tam. Blond włosy miałam schowane pod chustą, a i tak nie udało mi się uniknąć niczym nie skrępowanych, a wręcz nachalnych spojrzeń, całusów i cmokań niosących się w powietrzu pomimo obecności mojego Jeszcze-Nie-Męża. Koszmar. To tam dopadła mnie wtedy po raz pierwszy w życiu kulturowa klaustrofobia. Stwierdziłam, że jezeli natychmiast nie znajdę się w jakimś nie-arabskim miejscu, to zwyczajnie zwariuję. Pomimo tego, że mieliśmy już opłacony nocleg, spakowaliśmy plecaki i załadowaliśmy się w pierwszy odjeżdżający stamtąd autobus, żegnając tym samym Al-Hoceimę, która w tamtym momencie poza krótkim zachwytem nad klifami nie potrafiła zaoferować nam nic przyjemnego.

Okazało się, że autobus do którego wsiedliśmy jechał do Tangeru przez Chefchaouen - legendarne biało-niebieskie miasto, słynące ze swoich malowniczych uliczek. Wprawdzie przyjazd tam planowany był na środek nocy, no ale jak tu ominąć taką perełkę? Perełka skazała się na bycie ominiętą, ponieważ kiedy autobus stanął, a my wyjrzeliśmy przez okno autobusu okazało się, że miasto tonie po kolana  w śniegu (sic!), a my mamy na sobie trampki, dwie warstwy koszulek, na to dwie warstwy dresów i to wszystko, bo przecież ha! ha! jesteśmy w Północnej Afryce, tu (nie) musi być ciepło!

No i co dalej, biedni poszukiwacze ciepełka? Cofnęliśmy się na swoje wygrzane siedzenia i wymamrotaliśmy coś o dokupieniu przejazdu do Tangeru. Tyle Chefchauen, legendarnych kolorów, słynnych plantatorów marihuany oraz znajdującej się niedaleko jednej z najgłębszych jaskiń Afryki - Kef Toghobeit.

To wszystko zostało za nami, a my kołysani wątłym ciepłem autobusu ruszyliśmy w stronę Tangeru. Autobus wypluł nas o skandalicznej piątej rano, kiedy wszystko jeszcze było zamknięte, a temperatura ani nie drgnęła na korzyść tego miejsca, co absolutnie nie przeszkadziło pewnemu dziarskiemu Berberowi, lat na oko 243, wyłowić naiwnych turystów i namówić na oprowadzanie po Medinie.

Witamy świt

Witamy świt

Gdyby kierować się pierwszym, jakże mylnym wrażeniem, można by pomyśleć, że Medina Tageru powierzchnią dorównuje Warszawie. A przynajmniej jakiemuś większemu miastu Polski. Przewodnik pędził nas uliczkami w lewo, w prawo, prosto, zatrzymując się tylko przy z wolna otwierających się stoiskach z dywanami, przyprawami, czy niezbędnymi do osiągnięcia pełni szczęścia bębenkami, których o zgrozo! nie chcieliśmy kupować. Po czterdziestym ósmym przemierzeniu każdej uliczki z każdej możliwej strony znaliśmy Medinę jak własną kieszeń i od dawna wiedzieliśmy już, jak bardzo jesteśmy robieni w bambuko. Bo Medina jest niewielka, faktycznie składa się z gęstej siatki wąskich, wąziuteńkich uliczek i jak się pędzi przez nią galopem to może i można nie zauważyć, że na to skrzyżowanie wchodziliśmy już z każdej możliwej strony, ale  kiedy deja vu na widok niektórych sprzedawców czy charakterystycznych punktów zaczęło przyjmować formę deja vu - deja vu - deja vu, to już wiadomo było, że ktoś tu ładnie zapętla trasę. Co nie zmienia faktu, że i tak było fajnie, a przede wszystkim:

  • nie było nam zimno - galop robi swoje,

  • jakoś dobrnęliśmy do momentu, w którym sprzedawcy, z którymi byliśmy już niemal na “ty” skoro przemykaliśmy koło ich stoisk przynajmniej co pół godziny łupiąc kolejne okrążenie za naszym niezmordowanym nie-przewodnikiem, pootwierali nareszcie sekcję żywieniową i nareszcie mogliśmy zjeść coś ciepłego (żałuję, że nie mam zdjęcia, bo mało kto chce mi uwierzyć, że dostaliśmy bułkę wypełnioną ryżem, ziemniakami i frytkami. Brakowało tylko makaronu i mielibyśmy full wypas),

  • z zamkniętymi oczami mogliśmy chodzić po Medinie, bo znaliśmy już każdą z jej uliczek (wcale nie i to był błąd nr 3, ale o tym później).

Ponieważ czuliśmy się tu już jak u siebie i wiedzieliśmy z usypiającą czujność pewnością co i gdzie, po porzuceniu plecaków w rijadzie mieszącym się w samym centrum mediny skierowaliśmy nasze kroki w stronę  źródła naszych niechybnych w tych warunkach pragnień, czyli do hammamu, któren to ofiarował wszystko: ciepło, ciepło, gorąco, gorąco, parzy!, wodę i możliwość umycia się. Bardzo miłe małżeństwo, właściciele owego przybytku spełniającego nasze najbardziej wyuzdane fantazje w temacie rzeczy jakże przyziemnych pozwoliło nam przyjść poza standardowymi godzinami (dzięki czemu mieliśmy cały hammam dla siebie, w przeciwnym razie ja musiałabym przyjść w godzinach, kiedy to mogą tam przebywać kobiety, a J. o zupełnie innej porze zarezerwowanej dla mężczyzn). Ba! Zaoferowali nam nie tylko kąpiel, ale także masaż, na który z ochotą przystaliśmy. Być może początek tej historii mógłby zostać zakwalifikowany przez J. jako błąd nr 4, ale po cichu liczę, że minęło już na tyle dużo czasu, że trauma została zaleczona. Najpierw kąpiel. Zostaliśmy wprowadzeni do sporego pomieszczenia wyłożonego kafelkami, z czymś na kształt żłobu wypełnionego wrzątkiem i nieśmiertelnym wiaderkiem stojącym obok kranika. Mieszanką francuszczyzny łamanej na język migowy i porozumiewawcze uśmiechy zakomunikowano nam, że mamy sobie mieszać ukrop ze żłobu z wodą o temperaturze bliskiej zeru z kranika w celu osiągnięcia pożądanej temperatury, a tymczasem, ja już Państwa zostawiam, proszę dać znać, kiedy będziecie gotowi na masaż. Allahu, jak błogo! Ciepło, ciepło gorąco! Nastąpiło niemal godzinne nasączanie ciepłem, odmaczanie, polewanie, doszorowywanie i znowu nasączanie. Kiedy byliśmy już czyściuteńcy, a nawet można by rzec, że zapomnieliśmy o hulającym na zewnątrz zimnie (szalona temperatura podskoczyła do 9 stopni), owinęliśmy się ręcznikami i daliśmy znak, że już. Że masaż.

Tu następuje moment, który nawet po niemalże dziesięciu latach od tych wydarzeń sprawia, że zaczynam hahać bez opamiętania i aż do łez. Masaż J.

Do łaźni wkracza Pan właściciel, haniebnego wzrostu, ale że wpisany w kwadrat, to raczej z tych krzepkich. Owinięta w ręcznik patrzę z nieskrywanym zdumieniem, jak najpierw ciska na kafelki wyższego o dwie głowy  J., po czym  zlewa go bezpardonowo wrzątkiem i to kilkukrotnie, a następnie zaczyna coś, co raczej można nazwać heblowaniem niż szorowaniem. Rękawica, której do tego użył, została później wypatrzona na miejscowym suku i w dotyku przypominała raczej drucianą szczotkę niż coś, co się nadaje do szorowania ciała. Nastąpił moment, w którym J. zaczął nerwowo rechotać (tak reaguje na sytuacje ekstremalnie stresujące), a ja już ze śmiechu nie mogę złapać oddechu. Pan hebluje powierzchnię J. z głową włącznie sprawiając, że J. który nigdy nie doświadczył peelingu, teraz nadrobił zaległości i to z kilku żyć wstecz. A to był dopiero początek. Bezwzględny masażysta powtórzył manewr z wrzątkiem, po czym przygniótł J. kolanem do ziemi i zaczął zakładać nelsony, podwójne nelsony i inne dźwignie. Bien? Pytał oprawca. Pas bien! Pas bien! Niosło się cierpienie J. aż po wykafelkowany sufit, na co Pan właściciel sapnął z podziwem, że na takiego twardziela trafił i skoro mu mało, że przecież pas bien, to dalejże dociskać jeszcze mocniej. Gdzieś tam w tym amoku, wśród rozbłysków bólu dotarło do J., że jedyną drogą ku uldze jest odwrócić odpowiedź i wśród buahahahahaaauuauauaua zdołał wreszcie wpleść BIen! Bien! Idę o zakład, że po miejskich hammamach jeszcze przez wiele dni krążyły opowieści o białym, któremu było mało. Na koniec został ponownie potraktowany wrzątkiem, który w obliczu tego wszystkiego, co już go spotkało, chyba nawet nie wywołał większego wrażenia.

Wstałam z klęczek, ponieważ w międzyczasie, zamiast ratować Męża-mojego-przyszłego tarzałam się ze śmiechu (niech mi zostanie to wybaczone).

Teraz Pani? Zatarł ręce Pan właściciel, a przed dramatem uratowała mnie zimna krew jakiej nabawiłam się w tych skandalicznie niskich temperaturach niby afrykańskiego kraju i odpowiedziałam:

Owszem, ale mnie miała masować Pańska żona.

Nieskrywany zawód wymalował się na twarzy Pana masażysty, wzruszył ramionami, huknął coś z dużą ilością “chCHRchr-chr” w korytarz i przyszła żona. Jako że do masażu musiała zdjąć chustę i odsłonić ręce skatowany J. został wyproszony z łaźni i, jak się później okazało, kolejne 40 minut spędził pod drzwiami czekając, aż wreszcie ja zacznę wrzeszczeć.

Tymczasem Pani żona masażysty wymieszała ukrop z zimną wodą, zapytała czy aby nie za gorąca, umyła mi głowę zachwycając się blond włosami, wymasowała upewniając się co chwila czy wszystko dobrze, czy nie za mocno, itd. Wyszłam prawdziwie zrelaksowana, choć na drugi dzień miałam potworne zakwasy na brzuchu. J. dzięki technice maczania w ukropie nie miał żadnych zakwasów.

Koniec części pierwszej

Z pamiętnika właścicielki zwierząt

Z pamiętnika właścicielki zwierząt

Najlepsza Pizza Świata

Najlepsza Pizza Świata