matrioszka 1

Hi,

Matryoshka (rus. матрёшка) is a hollow, wooden figurine, with smaller, smaller, smaller, smaller, smaller and smaller figurines inside. 

The shelf above my desk hosts a Matryoshka from an antique shop. It is beautiful, colorful, with all the right imperfections characteristic of hand-made gadgetry. It comes with two missing figurines and this is yet another reason why it is rendered infallibly legendary:)

And one more thing: just like oil-painting, puff pastry, tiramisu and this blog, it’s got layers.

Magda

Z pamiętnika właścicielki zwierząt

Z pamiętnika właścicielki zwierząt

Pępki trzy (zdjęcie nocą)

Pępki trzy (zdjęcie nocą)

Wyjechałam na tydzień, słownie: siedem dni. 

Zostawiłam zwierzyniec pod opieką M., co dla nich oznaczało przeniesienie się do istnego raju na ziemi, towarzystwo 24/7, głaskanie, przytulanie i ogólne byczenie się na kanapach i łóżkach, przysmaczki, częste i długie spacery - ogólnie zwierzyniec stanowił centrum wszechświata. Trzy pępki. 

Tydzień. 


Wróciłam. Zwierzyniec przywitał się, po czym przypomniał sobie, że przecież należy strzelić focha, obrazić się śmiertelnie i dać mi odczuć, co w tej chwili o mnie myślą. A myślą źle. Nawet zapewnienie Najlepszej-Opiekunki-Na-Świecie nie jest traktowane jako okoliczność łagodząca. 

Dla Kluchy stałam się powietrzem. Ba! Żeby tylko! Powietrzem o niemiłym zapachu, bo po włożeniu Waćpanny na kanapę ostentacyjnie przenosiła się na drugi, jakże odległy kraniec, siadała i niewzruszenie wpatrywała się w przestrzeń przed sobą. Zero reakcji na wołanie, zaczepki, a próba pogłaskania skończyła się zawiśnięciem mopsa na krawędzi - byle dalej ode mnie. 

mops_kluska_pug.jpg

Dzik przeszedł w partyzantkę i pierwszy raz w życiu trzasnął w nocy kupę-potwora na środku salonu. Ogromną. Fu! (nic to, że ostatni raz była na spacerze tradycyjnie o 22. Nic to!) 

(z przyczyn oczywistych zdjęcia brak)

Po spotkaniu z kotem wyglądam, jakbym z niezwykłą gorliwością wymieniła uściski dłoni z Edwardem Nożycorękim. Kilkukrotnie. Mało tego, kot pastwił się nade mną całą noc (psy spały, poprawnie odsunięte tak daleko, jak tylko pozwalało na to łóżko) - a Nene to uwalała się na mnie jak dusiołek i poklepywała mnie po twarzy łapką sugerując jednocześnie obecność pazurów czających się w futerku i zaznaczeniem, że wyciągnięcie ich to tylko kwestia czasu; a to wskakiwała z rozbiegu na brzuch/plecy i szybko uciekała (pozwolę sobie zaznaczyć, że ówcześnie ponad 4-kilogramowy pocisk z kota zakończonego pazurami nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Zwłaszcza w środku nocy), a to urządzała polowanie na stopy/kolana w związku z czym rano wyglądałam, jakbym na dodatek brnęła przez agrestowe chaszcze. 

Ja się pytam: za co? 

Jedynym pocieszeniem było to, że nad ranem kot przysnął, żyłam w błogiej nieświadomości w kwestii kupy na górnym piętrze, a Klucha przez sen podpełzła i ułożyła fafuły na mojej twarzy. 

TE fafuły

TE fafuły





p.s. Już nigdy nie pojadę na wakacje.



A dzisiaj haft

A dzisiaj haft

2011: Maroko, część 1

2011: Maroko, część 1