matrioszka 1

Hi,

Matryoshka (rus. матрёшка) is a hollow, wooden figurine, with smaller, smaller, smaller, smaller, smaller and smaller figurines inside. 

The shelf above my desk hosts a Matryoshka from an antique shop. It is beautiful, colorful, with all the right imperfections characteristic of hand-made gadgetry. It comes with two missing figurines and this is yet another reason why it is rendered infallibly legendary:)

And one more thing: just like oil-painting, puff pastry, tiramisu and this blog, it’s got layers.

Magda

2011: Maroko, część 2, Tanger

2011: Maroko, część 2, Tanger

Tanger

Port Tanger

Port Tanger

Przemknięcie do Tangeru okazało się strzałem w dziesiątkę - pogoda szaleje i termometry wskazują jakieś 12 stopni, świeci słońce i jest pięknie. Uodporniliśmy się już na ciągłe zaczepki w stylu “kup to, kup tamto i to też koniecznie” i równie popularne “chodź, zaprowadzę Cię tam, gdzie chcesz (wcale nie) najkrótszą drogą” i rozpoczęliśmy błogie snucie się po mieście.

A tam uliczki, uliczuszki i morza herbaty z miętą. W poszukiwaniu napoju, który ratuje nas przed zamarznięciem trafiamy do Salon Bleu, który oprócz remedium na zimno oferuje także cudowny widok na Cieśninę Gibraltarską i, jak sama nazwa wskazuje, wnętrza ze wszystkimi odcieniami niebieskiego.

Co jakiś czas natykamy się na grupki turystów wyplutych z tego czy innego promu, ale staramy się trzymać możliwie daleko od nich. Stąd (niemalże) bezludne zdjęcia.

Zaglądamy do Musee de la Kasbah (jak większość takich miejsc jest istną kopalnią inspiracji: wzory, kolory - istny kosmos i raj dla oczu. Problemem mogą być jedynie nieostre zdjęcia - wszystkie, co do jednego! co jednak daje jednocześnie pretekst do powtórnych odwiedzin tego miejsca) i Petit Socco (tu udało mi się wybrać kilka zdjęć - widocznie temperatura podniosła się już na tyle, że udaje nam się utrzymać aparat bez zbędnego telepania wychłodzonym sobą).

A teraz hit - port. Ta część, gdzie stoją rybackie kutry, a nabrzeże zasłane jest sieciami. To właśnie tam w niepozornej budce, za grosze, jemy jedno z najlepszych dań w historii podróżniczych wspaniałości. Patera średnicy ponad metra jest napełniona kilkoma gatunkami ryb przyrządzonymi na rozmaite sposoby, do tego owoce morza - wszystko z porannego połowu, podane w towarzystwie marokańskiego chlebka zwanego khobz. Niebo w gębie.

Nie omijamy też skał będących miejscem pochówku rezydujących tam w VII w p.n.e Fenicjan.

W wyniku przedziwnych okoliczności trafiamy też do nielegalnej piwiarni piwa (islam, islamem, ale…), z której zachowują się jedynie wybitnie zamazane zdjęcia butelek z piwem (pełny zakaz fotografowania w połączeniu z niewyćwiczoną jeszcze techniką łapania ujęć “z biodra” skutkują kadrami, które raczej przypominają nam o tym miejscu, niż są czymś, co faktycznie warto pokazać). Piwo z mikrą zawartością alkoholu jestna tyle skuteczne w tym klimacie, że ożywioną dyskusję prowadzoną początkowo w angielskim i francuskim zaczynamy, nie wiadomo kiedy, uzupełniać niemieckim, a nawet niderlandzkim, w ogóle nie zauważając lingwistycznego warkocza, jaki zfundujemy w chwilach, kiedy brakuje jakiegoś wyrazu. Zwieńczeniem wyprawy są odwiedziny w miejscu, w którym mężczyźni zabarwiają świat na zielono, a właściwie J. je odwiedza - kobietom wstęp jest wzbroniony, w związku z czym stoję pod bardzo niepozornymi drzwiami, w bardzo niepozornej uliczce na niepozornych obrzeżach Mediny. Chociaż źródło zieleni jest obecne w codziennym w życiu Marokańczyków, nie należy zapominać, że faktycznie jest nielegalne, a za jego posiadanie grozi nawet 10 lat więzienia. Za to właśnie w takim miejscu można kupić absolutnie kultową drewnianą fajkę z maleńkim, metalowym cybuchem. No dobra. Wiadomo, że nie tylko fajkę (zdjęć brak).

Ostatnim błędem jaki popełniamy w Tangerze (z cyklu błędów znanych z pierwszej części tej opowieści) ma miejsce wieczorem, kiedy wracamy do swojej zimnicy. Nieco zmęczeni całodniowym wałęsaniem się w mimo wszystko jednak niskich temperaturach, wahamy przy wyborze kierunku się na jednym z licznych skrzyżowań Mediny. Na ułamek sekundy. Wręcz tysięczną część. Niestety, czujne oko wszędobylskich “chodź, zaprowadzę Cię…” natychmiast wyławia owo zawieszenie kroku, poklatkowość w całej płynności przejścia i pomimo wewnętrznego sprzeciwu (zawsze, zawsze słuchaj w takiej sytuacji tych wyjących syren w środku… nawet jeżeli są mocno wyciszane) i idziemy. Oczywiście zdecydowanie nie najkrótszą z możliwych dróg. A nawet, w kompletnie innym kierunku. Nieco wcześniej niż J. orientuję się, że idziemy w kompetnie złą stronę, przez chwilę przed zawróceniem trzymała nas jego wiara w to, że być może idziemy nieznanym sobie skrótem (nieznanym? po pierwszym dniu z przewodnikiem? niemożliwe!), a kiedy stanowczo mówimy “nie” naszym przewodnikom (bo w międzyczasie do tego jednego dołączyło kilku innych liczących na to, że skapnie im coś z o! naiwnych turystów), rzucają: i tak szliśmy w złą stronę! (no przecież!) i znikają w uliczkach Mediny. Pomimo tego trafiamy do naszego zimnego pokoju, ale na pamiątkę pozostały nauczki na przyszłość:

  1. Nigdy, ale to nigdy nie wahaj się na skrzyżowaniach uliczek północnego Maroka*.

  2. Jeżeli popełniłeś już ten błąd i właśnie wyciąga się do Ciebie sto pomocnych dłoni opakowanych w zachęcający uśmiech i historię czterdziestoosobowej rodziny na utrzymaniu - nie idź tą drogą.

  3. Zamknij oczy, odetchnij. Na pewno będziesz wiedzieć, którędy dalej pójść.

* dlaczego “północne Maroko” oznaczyłam gwiazdką? Otóż późniejsze, niezwykle pozytywne doświadczenia z dominującymi na południu Berberami pozwoliły nam dostrzec, że, niestety to właśnie arabska część społeczności była źródłem mojej kulturowej klaustrofobii, wrażenia bycia zmacną wzrokiem i wymęczenia nachalnością nie mającą nic wspólnego z pełnym uroku targowaniem się, jakiego doświadczyliśmy przy okazji kolejnej podróży).

Kiedy wylatujemy do Maroka dociera front atmosferyczny likwidujący zimnicę i zapewniający standardowe ciepło oraz piękną pogodę, dzięki czemu w drodze na lotnisko zostaliśmy uraczeni takimi pięknymi widokami.

Droga powrotna trwa prawie 24 h, ponieważ oczekiwanie na samolot w Paryżu przeciąga się do 10 h (zepsuty pierwszy samolot, awaria podstawionego i w końcu oczekiwanie na przylot trzeciego), towarzyszy jej ogólne wrażenie dojmującej Hiberni (chociaż geograficznie zdecydowanie nie ten kierunek) i stan oliwkowego upojenia (plecaki mamywypchane po korek oliwkami i przyprawami upolowanymi na soukach - to zawsze warto przywieźć z Maroka, zwłaszcza te różowe oliwki, mniam!).

Już w domu z pełną mocą oświadczam, że nigdy w życiu “nie dam się wywieźć” do Maroka, dlatego jakieś trzy miesiące później zaczynamy szukać biletów do Al-Mamlaka al-Maghribijja tudzież ⵜⴰⴳⵍⴷⵉⵜ ⵏ ⵍⵎⵖⵔⵉⴱ na kolejny rok.

Maciej Kot aka Noncjusz Miękkołapki

Maciej Kot aka Noncjusz Miękkołapki

Pizza-pizzą, ale może też coś słodkiego?

Pizza-pizzą, ale może też coś słodkiego?